art_nowytydzien

Sytuacja w niewielkiej wsi Michałówka (gmina Dorohusk) przypomina filmowy konflikt między Kargulem a Pawlakiem. Dwie zwaśnione strony i żadna nie chce ustąpić. Jeden pod drugim kopie coraz to większe dołki.

W całej wsi mieszka nieco ponad 200 osób. Zamiast trwać w zgodzie, od wielu lat mieszkańcy żyją w konflikcie. Finału sporu nie widać, wręcz przeciwnie – z roku na rok jest coraz gorzej. Na podstawie codziennego życia mieszkańców Michałówki spokojnie można nakręcić kolejną część „Samych swoich”. Dwie zwaśnione rodziny, w spór których mimowolnie włączyli się inni mieszkańcy tej i sąsiedniej wsi. Kością niezgody i pretekstem do dalszych waśni stała się samowola budowlana rodziny Kudełków. Sąsiedzi zarzucają im, że na wynajmowanej działce bez pozwoleń na budowę postawili budynki gospodarcze, które wyglądają jak straszydła.

Działka, na której mieszkają, nie należy do nich. Wynajmują ją. Bez odpowiednich pozwoleń budowlanych postawili na niej obiekty, które wyglądają jak zwykłe straszaki – mówią zdenerwowani mieszkańcy.
Na dodatek ci ludzie cały czas się ze wszystkimi kłócą, nie da się z nimi żyć w zgodzie – dodają.

Kilku miejscowych zwróciło się do powiatowego inspektoratu nadzoru budowlanego w Chełmie z wnioskiem o inspekcję i nakaz rozbiórki budynków. Były też próby telefonicznej interwencji do inspektoratu w Lublinie. Jak mówią, do tej pory nikt się do nich nie odezwał – urzędnicy nie chcą pomóc im w walce z uciążliwymi sąsiadami.

Powiatowy inspektor przyznaje, że wnioski w sprawie budynków gospodarczych wpłynęły i zarządzono postępowanie administracyjne.
W postępowaniu nie udowodniono prowadzenia robót z naruszeniem przepisów prawa budowlanego. Przeprowadzono oględziny w terenie, w trakcie których nie stwierdzono złego stanu technicznego budynków, a osobom składającym skargi udzielono odpowiedzi – wyjaśnia Marzena Pomiankiewicz, powiatowy inspektor nadzoru budowlanego w Chełmie.

Wygląda na to, że samowola budowlana to tak na prawdę pretekst, by dokopać sąsiadom. Chodzi o to, by dolać oliwy do ognia, bo spór rozgorzał już dawno.
To trwa już sześć lat. Wszystko dlatego, że zarówno ja, jak i mój sąsiad uprawiamy ekologiczne truskawki. Moje pole znajduje się przy jego domu. Na dodatek moje truskawki są ładne i smaczne, a jego to zwykłe zgnilaki. Twierdzi, że przeze mnie nie kręci mu się interes – mówi Danuta Kudełko.

Truskawki miały rozpocząć ciąg tragicznych zdarzeń. Jak mówi kobieta, sąsiad robi wszystko, co może, żeby utrudnić życie jej rodzinie.
W całej wsi każdy się go boi, nikt nie robi z nim interesów, nikt nie chce z nim nawet rozmawiać. Dlatego zebrał grupkę ludzi z sąsiedniej wsi, którym płaci po 500 złotych, a ci robią, co im każe. We wtorek, 18 sierpnia, w kościele w Dorohusku odbyła się msza za niego na prośbę mieszkańców Michałówki. Ksiądz z ambony błagał, żeby ten człowiek się opamiętał – informuje kobieta.

Wójt o wojnie sąsiedzkiej we wsi wie, ale nic nie może zrobić.
Jakiś czas temu pojawiały się skargi, że jedna ze skłóconych rodzin sadziła truskawki na drodze gminnej, co utrudniało przejazd. Interweniowaliśmy w tej sprawie, ale w ostatnich miesiącach nikt się nie zgłaszał do nas z innymi zażaleniami. Tu chodzi głównie o dwie zwaśnione rodziny, a nie o konflikt między jedną rodziną a resztą mieszkańców tej czy sąsiedniej wsi. W takie kwestie sporne staramy się nie mieszać – mówi Wojciech Sawa, wójt gminy Dorohusk.

O tym, kiedy zakończy się wojna sąsiedzka i ile osób włączyło się w spór zwaśnionych stron, nie wie nikt. W ciągu tych kilku lat w domu państwa Kudełko zostały wybite szyby, ktoś zabił ich psa, a kilka lat temu kobieta została pobita. Pani Danuta boi się, że może dojść do większej tragedii. Z kolei urzędnicy są zdania, że mediacje są w stanie zażegnać wieloletni spór w Michałówce.

Źródło: Nowy Tydzień