
Zamieszanie w Spółdzielni Mieszkaniowej Nasz Dom w Husynnem koło Dorohuska. Odwołany prezes nie godzi się z decyzją Walnego Zgromadzenia i zawiadamia prokuraturę, inspekcję pracy a nawet sąd pracy. – Nie może pogodzić się z odwołaniem, blokuje dostęp do biura i dokumentów i zachowuje się wulgarnie – mówią członkowie nowego zarządu.
7 listopada, podczas walnego zgromadzenia członków spółdzielni Nasz Dom, odwołano prezesa Ryszarda Buszko. Funkcję pełnił od 2000 roku i rządził spółdzielnią jako jednoosobowy zarząd. To – jego zdaniem – miał być jedyny argument za odwołaniem.
– A prawdziwy to taki, że wprowadziłem w spółdzielni opłatę na fundusz remontowy, którego nie było od kilkunastu lat, a przecież remonty trzeba robić – mówi. – W ubiegłym roku wydaliśmy na łatanie komina w kotłowni 11 tys. zł.
Buszko twierdzi, że mieszkańcy zmówili się przeciwko niemu. A on za 1440 zł pensji był nie tylko prezesem, ale konserwatorem i palił w kotłowni. – Pisali na mnie skargi do Krajowej Rady Spółdzielczej i to Rada kazała przeprowadzić walne zgromadzenie – mówi. – Ale moje odwołanie jest bezpodstawne. Bo nie można mnie odwołać za to, że zarząd był niepełny. Zgłosiłem sprawę do prokuratury, sądu pracy i inspekcji pracy.
Chociaż Buszko nie jest formalnie prezesem, nadal jest zatrudniony w spółdzielni na etacie. Przysługuje mu wypowiedzenie. A nowy zarząd twierdzi, że odwołany prezes robi im na złość. – Nie wpuszcza do biura, nie udostępnia wszystkich dokumentów, robi na przekór – mówi Weronika Ambroziewicz, nowy prezes Naszego Domu.







